W Indiach mozna ogluchnac. Klaksony, furkot riksz, konduktor gwizdzacy Ci prosto do ucha oznajmiajac przystanek.
W Indiach mozna sie ugotowac. W poludnie w Agrze jest nie do wytrzymania. Nic nas nie obchodza zabytki (chyba, ze grube mury fortu daja zbawienny chlod), ani plany calodziennej wycieczki rowerowej. Szukamy cienia i chlodnej wody.
W Indiach mozna przemoknac do suchej nitki. Choc po pewnym czasie monsun przestaje zaskakiwac. Nosimy wciaz ze soba parasol. Po dwoch tygodniach jestesmy w stanie rozpoznac, ze za 5 min bedzie padac. Wlasciwie to podstawy rachunku prawdopodobienstwa przemawiaja za tym, ze jezeli mowi sie "oho, bedzie padac" w dowolnej porze dnia miedzy 9 rano a 9 wieczorem, to nie mylimy sie.
I w Indiach mozna tez zahlysnac radoscia zycia. Kiedy maly dzieciak zafascynowany tym, ze bialas moze jezdzic na rozpadajacym sie indyjskim rowerze, wskakuje mi na bagaznik, ciesze sie jak dziecko. Obydwoje mamy dobra zabawe. Jezdzimy po ulicach i sciezkach Agry wzbudzajac przychylna wesolosc przechodniow. A potem jeszcze herbatka u rodziny, wymiana podarkow. Tego sie raczej nie spodziewalismy. Wszyscy wokol mowia - uwazajcie na oszustow, wcisna wam nic nie warte pamiatki, wyprowadza w pole, wyludza pieniadze. A my wracamy do domu sciskajac trzy plastikowe breloczki - miniaturki Taj Mahal, nie mydslac, ze dfalismy sie naciagnac na jakies badziewie, tylko wspominajac z usmiechem naszych malych przyjaciol.